Print this page
Mar 15, 2016

"Dopóki piorun nie uderzy"

Skąd taki tytuł? Żeby to wyjaśnić, zacznę od razu od przykładu z życia. Pacjentka w wieku około 60 lat była u nas na wizycie gdzieś na początku lata. Po badaniu USG okazało się, że ma poważnie chore żyły. Do tego miała też wszystkie objawy towarzyszące chorobie, tj. bóle, uczucie ciężkości w nogach, skurcze, obrzęki. Wiecie, że lubię wszystko dokładnie wyjaśnić pacjentom, a nawet pokazać im, jak wyglądają ich żyły. I tej pani też wszystko wytłumaczyłem i zaleciłem przeprowadzenie laserowego leczenia żylaków w połączeniu ze skleroterapią. Ale ona powiedziała, że bardzo boi się leczenia, że „nie lubi chodzić po lekarzach” (bardzo podoba mi się to wyrażenie u moich pacjentów; tak w ogóle to ja też, jak i wszyscy inni, nie lubię chodzić po lekarzach), że nie jest wytrzymała na ból i że jej córka jest przeciwna jakiemukolwiek leczeniu żylaków. I poszła, nie zwracając uwagi na to, że zalecałem jej nie odkładać leczenia.

 

Minęło lato i jakieś półtora tygodnia temu wróciła do nas. A z czym? Przyszła poza kolejką z silnym bólem nogi, obrzękiem i zaczerwienieniem. Tak ją bolało, że przestraszyła się nie na żarty. I pierwszymi jej słowami były: „Panie doktorze, proszę pomóc mi jak najszybciej. Tak bardzo mnie boli, że już nie mogę tego wytrzymać. To na pewno zakrzep”. Jej przeczucia potwierdziło USG – w starej bardzo chorej już żyle rzeczywiście utworzył się obszerny zakrzep ze stanem zapalnym samej żyły. Tę żyłę widziałem już podczas wcześniejszej wizyty na początku lata – widziałem bardzo spowolniony przepływ krwi i poważną niewydolność żylną. Dlatego zaleciłem natychmiastowe leczenie. I gdyby zostało ono przeprowadzone wtedy, czyli w odpowiednim czasie, nie doszłoby do takich powikłań. Poza tym pacjentka na początku próbowała leczyć się na własną rękę w domu: smarowała nogi przeróżnymi maściami, a tam, gdzie ją bolało, robiła sobie masaż. Bez efektów. Dobrze, że jeszcze bardziej sobie tym nie zaszkodziła – miejsca, w którym powstał zakrzep, nie wolno masować ani leczyć samemu, gdyż zakrzep może się oderwać i dostać do serca lub do mózgu. Ostatecznie wszystko skończyło się dla niej dobrze – leczenie dobiega końca, ból przeszedł, obrzęk zniknął. Teraz jest zadowolona i sama z siebie się śmieje, że tak bardzo się bała i nakręcała się niepotrzebnie, że niby lepiej cierpieć, niż się leczyć.

I tu chciałbym podkreślić coś ważnego: jeśli naprawdę masz powody, żeby martwić się o swoje nogi, tj. wskazują na to objawy, wyraźnie widać żylaki, a wyniki badania USG jednoznacznie potwierdzają konieczność leczenia, nie składaj nikomu niepotrzebnych obietnic w stylu „Będę to dzielnie znosić – dopóki nie uderzy piorun!”. Po co? Żeby doprowadzić do powstania komplikacji? Żeby pozwolić chorobie rozwinąć się jeszcze bardziej i żeby lekarzowi utrudnić pomoc? Kiedy taki pacjent przyjdzie, to nie wiadomo od której żyły zacząć, bo wszystkie są już w bardzo złym stanie. Łatwiej jest pomóc choremu, który w porę reaguje na objawy.

Druga podobna sytuacja, ale z inną wersją tytułu „Dopóki piorun nie uderzy”.

Dosłownie wczoraj odwiedziła nas nasza pacjentka, które ma zauważalne żylaki z pełnym zestawem objawów. Leczyliśmy jej prawą nogę gdzieś w kwietniu lub w maju. Była pod wrażeniem wizualnego efektu i co ważniejsze, odczuła też wyraźną poprawę w tej nodze. Potem nabawiła się jakichś dolegliwości żołądkowych i postanowiliśmy odłożyć dalsze leczenie do końca lata, żeby spokojnie mogła zająć się swoim przewodem pokarmowym. Przypomnę tylko, że jej lewa noga też wymagała leczenia.

I znów minęło lato. Nasi pacjenci mają zapewnioną z naszej strony aktywną obserwację stanu zdrowia. Ta pani również. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że nie może ona kontynuować leczenia, ponieważ ma bardzo dużo spraw na głowie, że „jakoś nie chce jej się teraz tym zajmować, że to chyba jakaś depresja czy apatia”. I jeszcze mąż jej powiedział: „Po co będziesz tam szła, lepiej poczekaj.”. Pytamy ją o jej prawą nogę, nad którą już pracowaliśmy. Odpowiedziała, że wszystko w porządku, wygląda jak u młodziutkiej panienki. „A co z lewą?” – dopytujemy. „No, boli, dalej są obrzęki, a żyły sterczą. Ale teraz nie przyjdę, nie mam kiedy. Przyjdę za jakiś czas”. Taka to rozmowa. Szkoda mi jej, bo straci dużo czasu i teoretycznie mogą pojawić się przeróżne komplikacje. Na razie czuje się lepiej, ale leczenie nie jest zakończone, trzeba było je przerwać. I choroba z pewnością o sobie przypomni, i to w takim momencie, kiedy się nie spodziewamy. Wtedy będzie trudniej pomóc. Kiedy zaboli ją lewa noga osiągnięcie takiego wyniku jak przy prawej nie będzie proste. Tam, gdzie „sterczą” żylaki, skóra może zrobić się ciemna, czego w zasadzie nie da się cofnąć, więc nie będzie estetycznej poprawy.

Leczenie żylaków to zaplanowany, konsekwentnie i regularnie prowadzony proces. Widzę, jaki jest stan choroby i mówię pacjentowi, jaki efekt uzyskamy. Zawsze mówię, jak się przedstawia sytuacja.

Dlatego nie trzeba się obawiać, nie trzeba zwlekać z leczeniem, słuchać „doradców”. Jeśli niepokoją cię objawy, nie musisz być „męczennikiem” i znosić ból „dopóki nie uderzy grom”. Nie powinno się też przerywać rozpoczętego leczenia. Wzór jest prosty: dobry odpowiedni lekarz + nowoczesny sprzęt + posłuszny pacjent + leczenie rozpoczęte w odpowiednim czasie = sukces.

Bądźcie zdrowi, ale bądźcie też rozsądni w sprawach dotyczących swojego zdrowia i powierzajcie je tylko odpowiednim lekarzom.